księga gości


2008
sierpień
lipiec
czerwiec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec



linki
kulturalny ochroniarz parkingu
I'm lovin it!
maestro dell'immaginario
trzeci papieros bezsenności
przepiórki w płatkach róży
Zygmun Freud miałby coś do powiedzenia
november rain
we are accidents waiting to happen
cienka czerwona linia
emocjonalność norweska
bellezza pura
chapeaux bas





BLOG



















aliteracja



Skradzione Zwłoki nr 25
Według encyklopedii PWN „postmodernizm w literaturze oznacza: negację elitarnego modernizmu, dążność do ujawniania umownego charakteru form literackich, fabuły, narracji, zainteresowanie formami nieczystymi rodzajowo i stylowo, częste stosowanie cytatu, parodii, persyflażu, pastiszu”. Jeżeli komuś ta definicja wydaje się zbyt teoretyczna i pragnie praktyki, a przy okazji w literaturze szuka oddechu, a nie katorżniczych wysiłków intelektualnych, powinien natychmiast nabyć jakąkolwiek książkę Neila Gaimana i wszystko stanie się jasne i bardzo przyjemne zarazem. Niby z racji italianistycznego wykształcenia powinnam zachęcać do czytania „Jeśli zimową nocą podróżny…” Italo Cavino (żeby było jasne: zachęcam ogromnie i bardzo lubię!), a z powodu miłości do filmu zachwalać „Wieczór w kinie” Roberta Coovera. Nic na to nie poradzę: „Nigdziebądź” i komiksy o Sandmanie kręcą mnie bardziej. Na mroczną stronę mojej osobowości działają najwyraźniej mroczni mężczyźni w stylu Władcy Snów (będącego zresztą alter ego autora), a z racji uprawianej profesji bawią mnie stwierdzenia: „Dla ochroniarzy moda to podstawa”. Nie chce mi się rozwodzić nad zapożyczeniami i cytatami-średnio wykształcony czytelnik sam sobie poradzi i zauważy kiedy pisarz puszcza do niego oko. Gdybym pisała doktorat z teorii literatury zapewne badałabym konstrukcje, powiązania i podobieństwa z innymi klasykami gatunku (w końcu Gaiman uchodzi za pisarza fantasy). Jednak moja kariera literaturoznawcy skończyła się zanim się rozpoczęła i teraz bez żadnych naukowych obciążeń mogę się delektować następującymi dialogami:
- Widzę, że twój bohater nie ma zbyt mocnej głowy – zauważył Serpentyna.
- On nie jest moim bohaterem – zaprotestowała Drzwi.
- Obawiam się, że jest. Z czasem nauczysz się rozpoznawać ten typ. To chyba coś z oczami
.
2008-08-13 10:54:17 skomentuj (0)


zawsze lubiłam balkony
Tę książkę czyta się świetnie i tempie błyskawicznym. Postanowiłam umilić nią podróż do Wiednia i sprawdziła się doskonale. A właściwie prawie doskonale, bo pociąg miał opóźnienie. Skończyłam ją czytać o godzinie planowego dotarcia do Wiednia (informacja dla ciekawskich według rozkładu pociąg jedzie 8 godzin, a książka liczy 494 strony) i przez kolejne dwie godziny byłam zmuszona studiować gazetkę PKP poruszającą kwestie nowych połączeń, piorunów kulistych oraz modnych krojów torebek. „Pani wyrocznia” –to o niej mowa- jest pierwszą książką Margaret Atwood, którą przeczytałam i muszę za to podziękować publicznie mojej przyjaciółce Anicie, którą mi ja poleciła. Nie jest to literatura szalenie poważna, trudna i badająca najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy, ale niewątpliwie jest to literatura bardzo przyjemna i bardzo kobieca. Despotyczna matka zapięta na ostatni guzik, znęcające się koleżanki, pragnienie bycia tancerką-motylem, gdy ma się wdzięk słonia, ukochany mąż, ale i kochanek po drodze, płacz bez powodu oraz, to co do mnie przemawia najbardziej, przekonanie, że: „gdybym tylko pozostała na jakimś [balkonie] dostatecznie długo, na tym właściwym oczywiście, w powłóczystej białej szacie z trenem, najlepiej podczas pierwszej kwadry Księżyca, to coś musiałoby się zdarzyć”. Podobne przekonanie miała Bridget Jones, że gdyby siedziała w białej sukience przy stoliku na tarasie sącząc schłodzone białe wino i pisząc listy niechybnie odzyskałaby równowagę wewnętrzną i uporządkował swoje życie. Od niedawna mam trzy balkony i taras. Moja szansa na zaprowadzenie porządku w życiu znacząco wzrosła.
2008-07-09 16:02:41 skomentuj (0)


wpływ wczasów FWP na gust czytelniczy
Muszę się przyznać, że mam słabość do paru rzeczy: ulegam reklamom luksusowych kosmetyków, wzdycham do Seana Penna, a kiedy książka opowiada o piratach to natychmiast musze ją pochłonąć. Przypuszczalnie jest to skutek spędzania wszystkich wakacji w dzieciństwie nad morzem w ośrodkach wczasów FWP. Kiedy więc przeczytałam, że „akcja "Na szkarłatnych morzach" Scotta Lyncha nieustannie trzyma nas w napięciu. Zadziwia piętrowa konstrukcja intryg i daję słowo, że gdyby Locke był postacią realną, afery z hakerami włamującymi się dla akt Pentagonu byłyby dziecinną zabawą w porównaniu z tym, do czego byłby zdolny…” to oczywiście kupiłam. I co dalej? No dalej to tak jakoś średnio. Mój brak zachwytu wynika prawdopodobnie z faktu, że tak jak kocham piratów tak nie znoszę fantasy, smokom i czarownicom mówię: nie!, a opowieści o wiedźminie nużyły mnie potwornie. Lynch umieścił akcję powieści nie wiadomo gdzie (świecą trzy księżyce, więc bohaterowie raczej nie żeglują po Bałtyku), smoków na szczęście brak, wszystko niestety jest alchemiczne: latarnie, zamki w drzwiach, wino i części garderoby (to mgliste określenie ma uzasadniać ich niezwykłe właściwości), jak coś jest twarde i wytrzymałe to jest wykonane ze staroszkła (skład chemiczny nieznany, ale czytelnik rozumie, że to tworzywo, z którego ma również strój Superman), o wydumanych imionach bohaterów litościwie nie wspomnę. Intryga jednak zupełnie nie jest magiczna (na szczęście) i chodzi o wielkie finansowe oszustwo. Mam jednak wrażenie, że ta historia mogłaby się rozgrywać w normalnych historycznych realiach i to z korzyścią dla niej, że te magiczne wymysły są zbędnymi ozdobnikami, które na akcję faktycznie nie wpływają. A co do samej akcji to jakoś na 350 stronie (książka liczy 616) nawarstwienie intryg tak się spiętrzyło, że przestało mnie interesować kto jeszcze kogo oszukuje i nie dotarłam do zakończenia, które miało być takie zaskakujące.
2008-06-18 12:24:55 skomentuj (2)


zamiast

Mogłabym napisać jeszcze coś o "Magu". Albo o "kobiecie z wydm". A może o calej masie opowiadań Buzzatiego. Aha no i Sebald co leży w kątku i sobie czeka. Ale mam w głowie cos zupełnie innego i dlatego jedynie zacytuję poetę, który tysiąckrotnie lepiej ode mnie umiał wszystko nazwać.


W stronę Finistère

Wraz z rykiem jeleni w deszczu

Armoryki, łuk twoich rzęs zgasł

o pierwszym zmierzchu, później wynurzał się

z tynkowo bladego brzasku, w którym wirują

koła rowerów, wrzeciona, race frędzle

drzew szarpanych wiatrem. Być może nie mam innego dowodu,

że Bóg mnie widzi, a akwamaryny

twych źrenic patrzą za niego.

ef

2008-02-14 13:41:27 skomentuj (1)


jestem na Phraxos
Z racji najróżniejszych zmian jakie ostatnio spowodowałam w swoim własnym życiu moja przyjaciółka stwierdziła: "Powinnas sie po prostu zastanowić, czego naprawde chcesz". Odpowiedź brzmi: chcę się znaleźć na greckiej wyspie Phraxos razem z Nicholasem, czyli bohaterem "Maga". Uległam najwyraźniej stwierdzeniu Conchisa, czyli tajemniczego milionera poznanego prze Nicholasa, który twierdzi:
- Grecja przypomina lustro. Każe cierpieć. A potem się człowiek czegos dowiaduje.
- Jak żyć w samotności?
- Jak żyć. Takim, jakim sie jest.
Tak naprawde jednak myślę, że uległam stylowi Fowlesa i oczywiście stylowi jego świetnej tłumaczki, który jest doskonały. Czytałam już tę ksiązkę, więc z grubsza pamiętam dokąd doprowadzi intryga, reklamowana na okładce jako: śmiertelna psycholgiczno-erotyczna gra... (swoja drogą, skąd redaktorzy czerpia te pomysły reklamowe, bo raczej nie z samej treści książek?!). Teraz więc mogę spokojnie delektować się wyjątkowo plastycznymi opisami pustych greckich pejzaży i starać sie w ten sposób dotrwać do wakacji.

2008-01-06 11:47:01 skomentuj (1)


każdemu według jego zasług
Rzeczywistość przerosła moja oczekiwania. Okazuje się, że jestem krystalicznym wzorem do naśladowania i chodzącą skarbnicą cnót wszlekich. Dowód? Mikołaj nie dość, że naniósł mi przeróżnych błyszczyków (tak, tak, czasy się zmieniły, czytelniczki książek nie noszą  już okularów grubych jak denka od butelek i używają czerwonej szminki) to jeszcze położył pod choinka wszystkie ksiązki, które chciałam. Troche się jednak  obraził, jak powiedziałam:
- Oooo "Mag", super, bardzo mi się podobał!
-Jak to Ci się "podobał" ?!- Mikołaj okazał się bardzo wyczulony na uzycie czasu przeszłego.
- Bo przecież już czytałam, ale chciałabym sobie przypomnieć.
- Czy Ty, aby nie przesadzasz....? - tonem pełnym przygany zapytał Mikołaj.
A rodzina spiorunowała mnie wzrokiem i westchnęła. Nie wiem czy martwi sie o moje zdrowie psychiczne, że chce mi się czytac po raz kolejny tomiszcze liczące 670 stron, czy też zwyczajnie pożałowała mi prezentu.
Zaraz Nowy Rok, jak się przyłożę i nadal będzie mi tak świetnie szło to chyba mam szansę na całą perfumerię Douglas i zbiory Biblioteki Narodowej. Ale proszę bez obsługi - jest antypatyczna.

2007-12-31 10:35:38 skomentuj (1)


święta
Sms-owa rozmowa przedświąteczna:
-Jak lepienie pierogów idzie?
-Pierogi jutro, chwilowo tropię psychopatycznego mordercę, czyli konsumuje ksiązkę kupioną bratu w prezencie.
-A Ty co dostaniesz? Błyszczy czy znowu te książki?
- Hmm... Blyszczyki będą. I moża "Mag", bo czytałam, ale chce powótrzyć, albo Buzzati...

Jak na razie nie wiem jeszcze , na co zasłużyłam. Czy tylko na błyszczącą rózgę, czy może również na "Kobietę z wydm" i nie tylko. Jutro się okaże.
ef


2007-12-23 23:22:39 skomentuj (2)